Czerwiec 1998 rok, jak wspomina moja mama był ciepły, słoneczny dzień. Tuż przed wyznaczonym terminem mojego porodu, podczas badania USG, moi rodzice dowiedzieli się, że będę niepełnosprawny. Niewydolność płuc, układu moczowego, wodonercze. Kilka dni ciągłego strachu, płaczu i jedna wielka niewiadoma. To co musieli przeżywać jest po prostu nie do opisania.

Minęło kilka dni, przyszedł czas na kolejne USG. W wielkim napięciu rodzice czekali na informację od lekarza. Ten długo milczał. Sprawdzał wyniki poprzedniego badania oraz kto je wykonał. W końcu mruknął: "Dziwne, to przecież świetny fachowiec." Chwilę później oznajmił, że jestem zdrowy i jedyne co się zgadza z poprzednim badaniem to wodonercze, które jak się okazało, nie jest aż tak poważne.

Cztery miesiące po moich narodzinach mam operację. Wycięcie nerki przebiegło bez komplikacji. O tym wydarzeniu przypomina mi widoczna do dzisiaj blizna. Jednak jest ona nie tylko symbolem trudnego początku mojego życia, ale również cudu jaki się wtedy wydarzył, bo inaczej nie jest w stanie tego nazwać.

Pan Bóg dał mi w prezencie życie, w którym nie jestem skazany na ciągłą walke o życie, na przerzucanie od specjalisty do specjalisty i niekończące się kolejki w szpitalu. Staram się doceniać swoje życie i zdrowie bardziej niż inni. Dziękuje Bogu za to co dla mnie zrobił i wierzę w Niego, bo jak mógłbym nie wierzyć. Był ze mną jeszcze zanim się narodziłem.

Marcin Żak / Mikołów, 22.10.2020r.

You may also like

Back to Top